GUT-102 Gorce Ultra Trail

Ochotnica Dolna – po 3 latach wróciłem w to magiczne miejsce aby znów zmierzyć się z dystansem 102km i sprawdzić czy są jakieś postępy w treningach 😉

W obecnym sezonie forma trochę w kratkę, dlatego nie chciałem wywierać na sobie zbyt dużej presji. Miałem dwa cele – poprawić swój czas i dobrze się bawić 🙂 

Bezchmurny poranek (a dla niektórych to środek nocy – 4:00) zwiastował dobrze zapowiadający się dzień. 

Pierwsze 5km to asfalt, gdzie od samego początku zostało narzucone mocne tempo – idealne na rozgrzewkę 😉 Starałem się  dotrzymać kroku ale też nie za wszelką ceną. Wiedziałem że bieg jest długi i wymagający dla tego nie podpalałem się. 

Po wbiegnięciu na szlak, profil trasy diametralnie się zmienił- po kamieniach ostro do góry. Dobrze być z przodu bo przy dużej ilości osób odcinkami mogą występować znaczne spowolnienia 😉

Tutaj tempo znacznie siadło ale starałem się cały czas biec – z jednej strony marsz na wzniesieniach jest wskazany (oczywiście w zależności od % nachylenia), ale może być także bardzo „zdradliwy” –   z „wygodnego” marszu będzie nam trudniej znów zacząć biec. 

Po 1h i 30 min dotarłem na Lubań gdzie przywitał mnie wschód słońca. Szybkie wbiegnięcie na wieżę widokową (tam był pierwszy punkt kontrolny) a następnie w dół. Bieg wąwozem wypełnionym kamieniami to sama przyjemność 🙂 – szczęśliwy jak dziecko na karuzeli 😛

Czułem się pewnie na nogach, dla tego bez większych obaw i na luzie biegłem w kierunku Turbacza. Wielu biegaczy nie było przede mną ale udało mi się dogonić dwóch z nich i przez chwilę biegliśmy razem. Na stromym odcinku jeden z nich zapytał mnie czemu nie używam kijków (miałem je ze sobą na plecach) – zostawiam je na „specjalną” chwilę – odpowiedziałem 🙂 

Nie musiałem nic więcej mówić, od razu załapał że chodzi o ostatni szczyt na trasie – Gorc 🙂 

Pomimo dobrego towarzystwa oderwałem się i swoim tempem pobiegłem na szczyt. Tutaj przy dobrej pogodzie rozciąga się cudowny widok na Tatry Zachodnie, jednak tego dnia nie było mi dane podziwiać tych widoków – od zachodniej strony nadciągała burza. W prognozach pogody na ten dzień był zapowiadany deszcz (tak mniej więcej w połowie dnia) ale wiedziałem że spadnie znacznie szybciej. Nagle się ściemniło, zaczęło grzmieć i silnie wiać. Pioruny waliły dookoła a z nieba woda lała się jakby ktoś odkręcił kran. Temperatura znacząco spadła a szlak zamieniła się w rwący potok. Zatrzymałem się by założyć kurtkę przeciwdeszczową – o byciu suchym nawet nie myślałem ale chciałem zapobiec wychłodzeniu się organizmu. Trzy lata temu (także podczas deszczu) strasznie się wychłodziłem i nie chciałem powtórzyć tego samego tym razem. Oprócz kurtki założyłem też rękawki i po chwili temperatura ciała wróciła do normy.  

Na zbiegach trzeba było włączyć opcję „100% skupienia”, bo w wąwozach oprócz luźnych kamieni, znajdowała się woda. Taka opcja mi bardziej pasowała aniżeli błoto, gdzie łatwiej o wywrotkę. 

43 km trasy – Obidowa – punkt żywieniowo – kontrolny. Zatrzymałem się aby uzupełnić wodę (od startu zużyłem 0,5 litra), zjadłem owoce, usłyszałem że jestem 11-ty i pobiegłem dalej. Punkty żywieniowe były oddalone od siebie mniej więcej o 20km więc nie obawiałem się że może zabraknąć mi płynów – szczególnie przy takiej pogodzie 😉 

Podczas biegu pilnowałem się aby regularnie jeść – żel co 1h, zmiksowane jedzenie które zabrałem ze sobą co 2h (biały ryż z bananem i masłem orzechowym) + elektrolity w płynie i shot z magnezem – także co 2h. Dzięki temu nie miałem większych kryzysów i nie martwiłem się że nagle zabraknie mi paliwa. 

Pamiętałem też że punkt żywieniowo – kontrolny na 63 km (w Rzekach) to istna uczta więc czym prędzej tam pognałem. 

Cały czas towarzyszył mi deszcz, mniej lub bardziej ale cały czas padało. W sumie lepsze to niż lampa z nieba :). Mimo wszystko dookoła rozciągały się przepiękne widoki. Wierzchołki gór oplecione kłębiastymi chmurami…to istny raj dla oka i aparatu :). Po drodze mijałem grupki osób zbierających lokalne borówki – owoce były tak wielkie że sam miałem chęć się zatrzymać i coś przekąsić 😉 Raczej nie byli przygotowani na taką pogodę, bo większość z nich była przemoknięta do suchej nitki. 

Cała zawartość mojego plecaka (oprócz jedzenia i picia) była zapakowana w małe woreczki foliowe. Robię tak za każdym razem aby ubrania były suche a telefon nie wymagał wymiany 😉 Jedyną rzeczą która ucierpiała podczas ulewy był mój numer startowy —> 13. Pech czy nie pech ale jeden zaczep pod wpływem wody się rozerwał i wszystko trzymało się za jeden róg. Na początku starałem się chować go pod kurtkę, to trzymać ręką ale strasznie było to uciążliwe podczas zbiegów, aż wreszcie go zdjąłem i zapakowałem do kieszonki. Pomyślałem sobie że lepiej tak niż mam go zgubić (numer startowy jest wymaganym wyposażeniem) – dobiegnę do punktu i tam przebije sobie nowe dziurki. 

63 km Rzeki – punkt kontrolny, żywieniowy i przepak. Od razu zapytałem się o ten numer i przy wyjmowaniu z orientowałem się że dziurki były także zrobione od dołu 😀 – chyba przez tą ulewę nie zdała sobie z tego sprawy 🙂 – zaczepiłem go do góry nogami i poszedłem coś zjeść :). 

Stół był jak zawsze obficie zastawiony ale ja miałem chęć na coś ciepłego – w menu była zupa pomidorowa z ryżem – opcja Vegan (organizatorzy także są vege więc o jedzenie się nie martwiłem). Ciepły posiłek od razu rozgrzał mnie i dodał energii. Panie z Koła Gospodyń Wiejskich zaproponowały mi dokładkę z której oczywiście skorzystałem 🙂 i po wlaniu w sobie kolejnej miseczki byłem zatankowany pod sam „korek”. Uzupełniłem softflaski, przetarłem twarz z deszczu, ślicznie podziękowałem i ruszyłem na drugą część trasy. 

Teoretycznie krótszy odcinek ale już swoje w nogach miałem i do tego jeszcze ten Gorc. Cały czas o nim myślałem a to dlatego bo pierwszym razem jak tu byłem strasznie dał mi w kość – pochłonął, przeżuł i wypluł – tak mniej więcej się wtedy czułem 😉 

Dla tego studziłem emocje – czas był dobry ale jeszcze trochę przede mną…

W Rzekach łączyły się trasy różnych dystansów dla tego od czasu do czasu pojawiali się przede mną inni biegacze – taka marchewka 😉 – dobra aby podkręcić tempo. 

Z upływem czasu pogoda zaczęła się zmieniać i na niebie pojawiło się słońce. Temperatur skoczyła do góry więc trzeba było zrzucić z siebie trochę ubrań. Najlepszym momentem do tego było podejście pod górę – podczas marszu można było na spokojnie zdjąć kurtkę i rękawki. 

Po zdobyciu kolejnego szczytu – Mogielicy zacząłem zbiegać do kolejnego punktu w Szczawie. Początkowo leśne szlaki i ścieżki a następnie długi i dość stromy asfaltowy odcinek na którym zamiast przyśpieszać to zwalniałem. Nogi dostały niezły wycisk – nie wiem czemu ale jakoś nie potrafię biec szybko w dół po betonie. 

Dotarłem do Szczawy – ostatniego punktu żywieniowego na trasie, gdzie zjadłem jedną porcję pomidorówki i kanapkę z dżemem. Po uzupełnieniu wody i izotonika ruszyłem w dalszą drogę. Ten 5min postój jakoś negatywnie na mnie wpłynął – brakowałem mi zapłonu aby zacząć biec. Do szlaku na Gorc prowadziła asfaltowa droga, której większą część przemaszerowałem. Wiedziałem że cały czas nie mogę iść i gdy tylko zszedłem na szutrową drogę wyjąłem kije i rozpocząłem wspinaczkę na szczyt. Kilka podbiegów i marsz – takie połączenie dobrze się sprawdza podczas kryzysu. Silna praca rąk odciążyła trochę moje nogi i praktycznie do samej góry szedłem na „rękach”. Miejscami było naprawdę dość pionowo ale bez większych kryzysów zdobyłem szczyt. Złożyłem kije, które nie były mi już potrzebne i zacząłem się rozpędzać w dół. Spojrzałem na zegarek – minęło 12h i 40min biegu i pomyślałem że może uda się złamać 13h ?? Z kroku na krok zacząłem przyśpieszać lecz zadanie było bardzo utrudnione – 90% tego odcinka trasy było pokryte świeżym błotkiem. Mega ślisko i grząsko – oprócz walki z czasem starałem nie utrzymać równowagę i nie zaliczyć spektakularnej wywrotki. Co chwila spoglądałem na zegarek – ile jeszcze do końca i ile czasu mi zostało. Mijałem kolejnych zawodników ale mety nie było widać. W pewnym momencie lewą stopą uderzyłem w duży kamień, znajdujący się w błocie – pierwsza myśl była taka że rozwaliłem palec i strumieniem leje się krew.  Jednak po kilkunastu metrach okazało się że ból jest znośny i mogę „normalnie” dalej biec. Mniej więcej 2 km przed metą na zegarku pojawiła się 13-tka i zrozumiałem że jednak się nie uda – nie tym razem. Trochę wkurzony ale mimo wszystko zadowolony biegłem do mety. 

Jeszcze tylko przeprawa przez rzekę, której rolą było schłodzenie zmęczonych nóg i koniec.  

Wnioski:

Pogoda: -Oj działo się.  Z nieba do piekła i z powrotem do nieba 😉 Początkowo dość ciepło jak na wczesną porę dnia, następnie totalnie oberwanie chmury i burza a na koniec przyjemne słoneczko. Można powiedzieć że było wszystko 🙂 

Odżywianieżele, zmiksowane jedzenie (własnej produkcji- ryż+banan+masło orzechowe), zupa pomidorowa x 3, owoce.  

Nawodnienie: woda, woda i izo 🙂 – 50-60% trasy przebiegłe na wodzie. Było na tyle chłodno że jeden softflask wystarczał by dobiec do kolejnego punktu żywieniowego. 

Sprzęt: buty Inov8 Terraultra G260 Plecak Salomon ADV Skin 5, czołówka, kije. 

Samoocena:

Chyba zadowolony 😉 – przede wszystkim dlatego że wyciągnięte wnioski z ostatniego biegu i szybko wprowadzone zmiany w treningach zaowocowały podczas tego startu. Sprawdził się mój eksperyment z jedzeniem i regularnym przyjmowaniem pokarmów i suplementów. Nie zabrakło mi paliwa dzięki czemu nogi wytrzymały do samego końca.

Meta: 9 miejsce open 

Czas: (oficjalny) – 13:08:19.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s