Ultramaraton 6xBabia Góra

Wstęp 

Ultramaraton 6 x Babia Góra to zawody polegające na wbiegnięciu i zbiegnięciu sześciokrotnie na szczyt Babiej Góry w limicie czasu 17h. Teoretycznie proste zadanie 😉 – ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej – do tej pory udało się to tylko 5 różnym zawodnikom. Każde podejście poprowadzone jest innym szlakiem lub specjalnie wyznaczoną trasą – dedykowaną pod zawody i z roku na rok wygląda to troszkę inaczej. Po zdobyciu szczytu min. 4 razy można zdecydować czy chce się biec dalej (po raz 5 i / lub 6) czy może jednak zbiec do mety – wtedy zostajemy sklasyfikowanie odpowiednio na dystansie 4 x Babia Góra / 5 x Babia Góra lub 6 x Babia Góra. 

Zawody:

03:00 – start zawodów – wreszcie jakaś normalna godzina 😉 – Na miejscu byłem jakieś 20min wcześniej aby oddać worek na przepak ( w sumie pierwszy raz zdecydowałem się na takie coś) i złapać klimat zawodów – tego mi brakowało…

O tej porze czołówka to must-have – szczególnie w pierwszej części, gdzie trasa prowadziła przez gęsty las. Pierwsze kilometry w miarę spokojnie – ale też bez szału – założenie było takie aby wbiec min. 5 razy i jak się uda spróbować zaatakować 6-raz. Biegnąc nie wiesz do końca kto ile razy ma zamiar wbiec – niektórzy od samego początku są zdecydowani na konkretną ilość i mają do tego dostosowaną strategię – dlatego też dobrze biec swoim tempem. Dodam jeszcze że o tej samej porze startowali zawodnicy dystansu 3 x Babia Góra i oni cisnęli mocniej od samego początku (a przynajmniej część z nich). 

Po przebiegnięciu odcinka leśnego – części cichej i ciepłej od razu dało się odczuć zmianę klimatu – taka to jest właśnie Babia Góra – tutaj warunku bywają bardzo zmienne i generalnie niewiadomo czego można się spodziewać. Nas przywitała mgła, wilgoć, silny wiatr i…… krótki odcinek ze śniegiem – tak w Czerwcu leżał tam jeszcze śnieg. Kurtkę od wiatru miałem w plecaku ale niespecjalnie chciało mi się zatrzymywać aby ją wyjąć – szczególnie że do szczytu było już blisko – nie widziałem ale słyszałem…. jakieś rozmowy. Trochę mnie to zdziwiło – kurcze albo tam już dobiegło tyle osób albo…. no tak – gdy dobiegłem przypomniałem sobie że miłośnicy wschodu słońca zbierają się na szczycie 🙂 ok – juz ze mną wszystko dobrze – pomyślałem sobie i pobiegłem w dół. Kamienne schody a następnie las – pełen gałęzi, konarów i krzaków. Trochę dziko ale po chwili wbiegłem na „normalną” ścieżkę – więc biegło się całkiem przyjemnie, spokojnie i można było podziwiać wschód słońca. 

Drugie podejście to takie klasyczne górskie schody – wydłużone stopnie, zrobione z drzewa i częściowo z kamienia. Energia w nogach była więc biegłem do góry równym tempem – cały czas starając się nie forsować tempa aby nie nie spalić. Raz, dwa, trzy i jestem po raz drugu na szczycie. Jakoś te dwa pierwsze podbiegi „szybko” minęły – 3h i 17 min – tyle mi to zajęło 🙂 Szybka nawrotka po macie szczytującej chipy i dół – tą samą drogą. 

Patrząc na czas wychodziło że spokojnie powinienem te 5 razy wbiec a może i 6 – jak zawsze podszedłem optymistycznie to tematu – szczególnie że nie wiedziałem co mnie jeszcze czeka – ale wiara w sukces była i to duża. 

Odcinek pomiędzy 2 a 3 podbiegiem okazał się chyba kluczowy w całych zawodach. Nie zwróciłem na to wcześniej uwagi ale tutaj było do przebiegnięcia 25 km i przewyższenia ponad 1700m – to praktycznie tyle co wysokość Babiej Góry :/ a był to tylko dobieg do 3-ciej próby. 

Na tym odcinku biegło się szybko w dół – miejscami po dzikim terenie i 2 razy mega pionowo do góry. Na jednym z takich odcinków przy przedzieraniu się przez chaszcze i powalone drzewa nadciągnąłem sobie Achillesa i mięsień pleców. Myślałem że już po zawodach ale jakoś udało się rozbiegać a plecy rozciągnąć i ruszyłem dalej. 

Do tego słońce dawało popalić i energia zaczęła szybko ubywać. Dwa razy przebiegałem przy potoku / rzeczce , gdzie na chwile zatrzymałem się aby schłodzić nogi. Tempo siadło ale walczyłem. Ostatni odcinek przed punktem odżywczym to była katorga 🙂 

Te punkt był także miejscem gdzie można było skorzystać z przepaku (jeżeli taki zostawiliśmy) i ja to uczyniłem ale wcześniej uzupełniłem płyny i chciałem coś zjeść – coś ciepłego… Niestety dla wegan szału nie było :/ – tylko gotowane ziemniaki bo zupa pomidorowa była ze śmietaną 😦 

Zjadłem dwa ale suche cieżko wchodziły i na tym zaprzestałem. Usiadłem sobie i zacząłem się przebierać – na rzepak dałem drugi zestaw butów Altar Olympus 4 (z grubą podeszwą), komplet skarpet – akurat dobrze bo po wizycie w rzece stopy miałem całe przemoczone. W paczce miałem także kanapkę – taka na czarną godzinę 🙂 i żele. 

Zapakowany ruszyłem dalej na 3 podejście. 

Tak śmiało można nazwać to podejściem bo był to chyba najbardziej stromy podbieg ze wszyskich. Początkowo nawet trochę się biegło po szlaku ale później trasa szybko zmieniła swój profil. Perć Akademików to najtrudniejsze podejście pod Babią górę – miejscami mijanka i łańcuchy. Także tutaj raczej marsz a nie wbieganie. Ten odcinek był meeega długi w moim wykonaniu. Na ostatnich metrach cierpiałem strasznie – im bliżej szczytu tym stromiej. Fajnie że turyści na szlaku widząc zawodników puszczali ich przodem i nie blokowali – chodź na tym odcinek nie ma żartów i należy zachować pełną koncentrację. 

Bach dotarłem na szczyt – po raz 3-ci gdzie zostałem zaskoczony…….. czekał tam na mnie mój syn 🙂 OMG – chyba o wszystkim zapomniałem co do tej pory mnie spotkało na trasie. Mój 7-letni Syn wraz z Dziadkiem (moim Ojcem) wybrali się na Babią aby mnie spotkać 🙂 – wcześniej nawet tego nie planowaliśmy, bo wiedziałem że może być to dla nich trudna wyprawa. Łaaa, to chyba najwspanialsza chwila jaka mnie spotkała – serio, jakoś tak zapomniałem o trudach biegu i całej rencie – nagrodę właśnie dostałem i nic więcej mi nie trzeba było… 

Pobiegłem odbić się na macie i wróciłem do moich kibiców. Zamieniliśmy dwa zdania a ja w tym czasie złożyłem kije bo w drodze powrotnej mi się nie przydadzą. Pożegnałem się z chłopakami i ruszyłem dalej. 

Kamienisty teren dawał się odczuć na moich stopach – trochę to dziwne bo przecież zmieniłem buty.. no właśnie buty…. Zrozumiałem że moja strategia nie była najlepsza. Akurat od 3-ciego podbiegu kamienie towarzyszyły częściej niż inna nawierzchnia i lepiej było w tych butach biec początek a później je zmienić na twardsze… Jak wcześniej czułem mięśnie uda tak teraz wszystko szło w stopy. Już sam niewiedzianem co gorsze…

Dobiegłem do punktu odżywczego – tego samego co poprzednie – generalnie przy 6 podbiegach mija się go chyba 5 razy. Znów uzupełniłem izo zjadłem owoce i byłem gotowy na kolejne wbiegnięcie… ale ale, nie tak szybko – gdy zapytałem gdzie teraz usłyszałem że teraz to trzeba zbiec na dół…. myślę sobie hmmm a to nie jestem na dole ? :/ ok no to lecimy. Akurat w dół to było całkiem spoko, bo z tą amortyzacją jakoś szło po leśnych szlakach a biegło się naprawdę długo. No ale przecież nie będzie cały czas tak kolorowo. Z dołu znów trzeba było ruszyć pod górę. Chyba taka „pętelka” od punktu odżywczego miałem jakieś 4km? albo ciut więcej. Droga do góry to schody – pionowe schody… tutaj nie było biegu tylko marsz z kijami i kilkoma przystankami bo poweru już nie było wcale. Nie ma co ukrywać ale żele i owoce nie były wystarczające dla mnie. Można powiedzieć że moja zmora wróciła i znów zawiodło odżywianie…. Później pomyślałem sobie że na punkcie mogłem chwilę odpocząć – może by pomogło…? No ale tak nie zrobiłem i trzeba było cierpieć. 

Podczas tych podejść zacząłem analizować swoje przygotowania i to co w nich zawiodło – bo przecież nie wyszło tak jak planowałem. Ten bieg jest wymagający i trzeba być dobrze przygotowanym. Mieć mocne nogi, szczególnie na zbiegach – tak aby po 3 podejściu mieć w nich moc. 

Dobra, dotarłem do punktu – izo, owoc i do góry po raz 4-ty. Czasowo było całkiem spoko tzn na tyle że mogłem myśleć o 5 razie. Ale zacząłem analizować sytuację. Człapałem do góry i myślałem.   Czy atakować 5 razy czy zaprzestać na 4? Odcinek od punktu do szczytu nie był już taki tragiczny. Maszerowałem, podbiegałem – walczyłem i rozkminiałem. Gdy dotarłem na górę po raz 4-ty byłem już pewien że to będzie koniec na dzisiaj…. Brak energii, brak jedzenia z którego mógłbym czerpać moc i myśl że po drodze jest ten sam punkt odżywczy na którym będzie to samo sprawiły że podjąłem taką decyzję a nie inną. Może i czasowo by się na styk udało ale przeczuwałem że kolejne podejście może być dla mnie jeszcze trudniejsze. Na szczycie powiedziałem że kończę na 4 razach i wracam na dół. W odpowiedzi usłyszałem a może 5 ?? A może teraz zdecydujesz się na 5 ? Uśmiechnąłem się i podziękowałem – niestety dzisiaj tylko 4 i ruszyłem na dół. W sumie był to bardziej marsz niż bieg bo kamienisty odcinek strasznie odczuwałem na stopach. I praktycznie 3/4 tego odcinka szedłem lub truchtałem. Dopiero jakiś kilometr przed metą, na leśnym odcinku zacząłem biec i to całkiem szybko. Tam akurat podłoże było miękkie więc dawałem radę. 

Po wybiegnięciu z lasy przebiegłem przez asfaltową drogę, zrobiłem pętle przez scenę – tak była wyznaczona końcówka i wbiegłem na metę… 

Zmęczony, z wyniku niezadowolony ale zakochany w biegu i w Babiej Górze 🙂 Super miejsce do treningu – jedna góra a tyle możliwości biegu o różnej skali trudności. Nie dziwie się że „lokalni” biegacze tak wymiatają – mając taką górę nie trzeba nic więcej. 

Na pewno tutaj wrócę i zmierzę się jeszcze raz z tym dystansem. Bogaty w doświadczenia, wiedzę o trasie będę mógł się lepiej przygotować. 

Wnioski:

Pogoda: – Chyba najlepsza z możliwych w tym czasie – patrząc co się działo przed i po. Nie padało, nie było jakoś mega gorąco. Oczywiście były miejsca gdzie temperatura dawała w kość ale na dystansie całego dnia było w normie. 

Odżywianie: żele, owoce, kanapka z dżemem, ciepłe ziemniaki na punkcie. 

Nawodnienie: izo, izo, zio 🙂 – w sumie to też nie wiem czy dobrze że samo izo. Mogłem w jednym bidonie mieć wodę. 

Sprzęt: buty Inov8 Terraultra G260 (przez pierwsze 50km) a później Altra Olimpus 4.0. Plecak Salomon ADV Skin 5, rękawki (na pierwszym podbiegu), czołówka, kije. 

Samoocena:

Oj słabo 😦 Zbiegi nadal klapa – bywały lepsze momenty ale całościowo dno :/ – szczególnie na kamieniach. Jak się nie trenuje zbiegania to inaczej być nie może – mięśnie nie były gotowe na takie długie bieganie do dołu. I to muszę jak najszybciej poprawić by myśleć o lepszych wynikach. Trochę ten element zaniedbałem – i to trzeba poprawić. 

Na pewno start miesiąc wcześniej w ŁUT150 nie było najlepszą decyzją. Wydaje mi się że organizm w pełni się nie zregenerował i brakowało mocniejszych treningów – bardziej jakościowych. 

Jedzenie – nie wiem, jakoś nie mogłem się ogarnąć. Po 50km paliwo się skończyło i musiałem zatankować coś więcej niż żele i owoce – no ale niestety – oprócz ziemniaków nie było niczego vegan. 

Meta: 8 miejsce open (w klasyfikacji 4xBabia) 

Czas: (oficjalny) – 13:50:26.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s