Ultra Chojsnik – 70 z hakiem

Karkonosze… wstyd się przyznać ale ostatni raz w tej części Polski byłem (rekreacyjnie) jakieś 9-10 lat temu a biegowo/treningowo nigdy :/ 

Od dłuższego czasu planowałem pobiec coś w okolicach Śnieżki ale dopiero w tym roku udało mi się zrealizować plan, chodź prawie do samego końca nie byłem pewien czy to się uda. 

Chciałem po raz ostatni wystartować w sezonie (2021), bez ciśnienia na wynik, dobrze się bawić i nacieszyć się pięknymi widokami…

Po szybkiej analizie kalendarza biegów górskich pod kątem lokalizacji zawodów i czasu startu biegu padło na Ultra Chojnik – dystans +70km.

Jakiejś specjalnej strategii na ten bieg nie miałem, dlatego od samego startu biegłem swoim tempem, bez zawrotnego tempa i trzymania się najlepszych za wszelka cenę.

Po pierwszych kilku kilometrach (chyba już klasycznie) rozwiązał mi się but 🙂 Niby to nic takiego, ale gdy zaczynasz się rozkręcać to bach i musisz nie zatrzymać 😀 Strasznie jest to wkurzające 😛 Po tej chwilowej przerwie dobiegł do mnie jeden z zawodników i razem  kontynuowaliśmy dalszą część trasy. Akurat trasa pozwalała na spokojną rozmowę a gdy dwóch biegaczy się spotka to tematów do rozmów nie brakuje 😀 

I tak sobie biegliśmy i rozmawialiśmy (przy okazji pomijając pierwszy punkt odżywczy) aż profil trasy uległ zmianie. Pojawiły się kamienie, kłody, korzenie, skałki i trzeba było zacząć patrzeć pod nogi i utrzymać równowagę. Był to taki marsz bieg praktycznie do samej góry. Na grzbiecie akurat rozpoczynał się wschód słońca który w połączeniu z kamieniami i piaskiem tworzył przepiękny „księżycowy” krajobraz. Zachwycając się cudownymi widokami biegłem w stronę światła 😉 – co nie było takie proste… Oślepiające słońce w połączeniu z losowo rozmieszczonymi kamieniami sprawiły że nie mogłem złapać rytmu biegu. To się poślizgnąłem, to noga mi utknęła między kamieniami, generalnie masakra… Do tego biegacze których miałem w zasięgu wzroku gdzieś mi zniknęli i w głowie zaczęło pojawiać się zniechęcenie a zarazem wkurzenie. W takich chwilach pojawiają się różne myśli i najważniejsze jest by pozbyć się tych negatywnych. Po kilkuset metrach dobiegłam do miejsca gdzie trasa nagle skręcała w lewo a następnie prowadziła na dół….

Zacząłem się rozpędzać i powoli łapać rytm. Szału nie było ale przynajmniej zacząłem zbliżać się do osób biegnące przede mną. Lasy, droga szutrowa i odcinek asfaltu to część trasy biegnąca po stronie Czeskiej – fajnie bo akurat biegło się w dół 😉 Po dobiegnięciu do drugiego punktu odżywczego zrobiłem krótki przystanek. Zatankowałem iztonk, zjadłem owoce i ruszyłem dalej lecz tym razem pod górę. Kamienisty odcinek to w większości „wolniejsza” wspinaczka. W sumie odcinek zaczął wyglądać podobnie jak przy pierwszym podejściu – nieregularne kamienie, piasek aż do samej góry 🙂 

Przeszło 20km w nogach a ja cały czas jakoś zachowawczo biegłem – aż do kolejnego zbiegu, gdzie nastąpiło „przebudzenie mocy” 😉 

O tak – to jest to 🙂 Kamieniste zbiegi…. mmm uwielbiam. Nagle poczułem moc w nogach 😀 – za bardzo nie kalkulowałem tylko cisnąłem przed siebie. Zwalniałem w miejscach gdzie znajdowały się mokre, drewniane kładki – na takiej nawierzchni moje Inov-y ślizgały się, a ja  nie chciałem zakończyć biegu ze skręconą kostką.

W taki o to sposób ponownie dogoniłem „uciekinierów” 😉 i w grupie 4-5 osobowej zmierzaliśmy na kolejny szczyt. Pierwsze oznaki zmęczenia – a raczej mocnego tempa jakie narzucili sobie niektórzy zawodnicy sprawiło że po kilkuset metrach grupa zaczęła się zmniejszać a gdy tylko trasa znów zaczęła prowadzić w dół, wrzuciłem wyższy bieg i sam się od niej odłączyłem. Jak nie jest się mocnym na podbiegach to trzeba nadrabiać na zbiegach. Na tym odcinku trasy wyjątkowo dobrze biegło mi się w dół. Na dość stromym, szutrowym odcinku utrzymywałem tempo 3:20 – 3:00 – jak na mnie to rewelacyjnie – jakoś tutaj zbiegi mi „siedziały”. 

Do Karpacza i kolejnego punktu odżywczego dobiegłem sam, gdzie zjadłem makaron, uzupełniłem wodę, izo i pozbyłem się opakowań po żelach – zawsze to trochę lżej 😉

Niby dużo nie zjadłem ale czułem się pełny po tym posiłku. Spojrzałem którędy trzeba biec dalej i powoli ruszyłem przed siebie. 

Tutaj praktycznie cały czas pod górę, początkowo w lesie – co było całkiem przyjemne bo jeszcze dość chłodno, ale im bliżej szczytu tym pogoda dawała się we znaki. Jak powszechnie wiadomo / lub nie 😉 nienawidzę biegania jak jest ciepło/gorącą i duszno. – a właśnie taka pogoda czekała na mnie w drodze na szczyt. Przełęcz Akademików – piękne widoki niezkrekompesowały mi cierpienia  jakie tam przezywałem – to była walka z moimi słabościami – jak naszybciej dostać się na szczyt z nadzieją że tam pogoda będzie dla mnie łaskawsza. 

Lekki kryzys (jaki przeżywałem) został dopełniony widokiem zbliżających się biegaczy – nic tak nie mobilizuje jak inni zawodnicy zbliżający się do Ciebie 😉 Do szczyty pozostało kilkanaście metrów i na tym skoncentrowałem swoją uwagę. 

Dom Śląski – piękne schronisko, było wypełnione turystami po brzegi – co oznaczało że na trasie będzie „tłoczno”. Pierwsze kilkanaście metrów starałem się złapać oddech i trochę odetchnąć. Profil trasy (płasko, lekko pod górę) pozwalał swobodnie biec, spokojnie coś zjeść i napić się. Gdy ja ładowałem akumulatory jeden z biegaczy minął mnie a drugi zbliżył się do mnie – ok pomyślałem – podwójna marchewka 😉 Różnica między nami wynosiła kilka metrów, więc zbytni nie forsowałem tempa – raczej starałem się je utrzymać na równym poziomie. Turystów na trasie przybywało i trzeba było biec slalomem. Nie mialem z tym większych problemów jednak czasem pojawiały się dodatkowe utrudnienia w postaci czworonogów spacerujących z właścicielami. Chyba pierwszy raz spotkała mnie taka sytuacja że na trasie biegu było tak dużo psiaków. Sama ich obecność mi nie przeszkadzała, jednak nie jesteś w stanie przewidzieć ich rekacji na biegnące osoby. Każdy lub prawie każdy psiak był na smyczy co sprawiało że poziom trudności w omijaniu wszedł na wyższy poziom. Właściciel w jedną stronę, psiak w drugą  a Ty starasz się wykonać procedurę bezkolizyjnego mijania 🙂 – masakra 🙂 Najgorzej było z malutkimi psiakami – bałem się że po prostu jakiegoś zdepczę :/

„Slalom gigant” był do kolejnego punktu odżywczego – „Odrodzenie”, później trochę luźniej – bo znów biegliśmy po Czeskiej stronie – a tam zdecydowanie mniej turystów. Taktyka była prosta – pod górę starałem utrzymać marszobieg – w zależności od kąta nachylenia, a w dół cisnąłem ile się dało i na ile pozwalała trasa. 

Na Czarnej przełęczy doszło do połączenia chyba wszystkich dystansów Chojnika i zrobiło się tłoczno, miejscami dochodziło do spowolnienia w ruchu 😉 

Przede mną był ostatni punkt odżywczy – Droga pod Reglami, gdzie do ostatniej chwili wąchałem się czy się zatrzymać czy nie. Po szybkiej weryfikacji ilości płynów w softflaskach i sytuacji pogodowej – słońce + ciągle rosnąca temperatura, postanowiłem się zatrzymać na szybki Pit Stop.

Jak się później okazało była to dobra decyzja. Pod koniec trasy czekało mnie jeszcze jedno podejście – Zamek Chojnik. Krótkie ale bardzo treściwe – rozgrzało moje uda do czerwoności 😉 Dwa szybkie oddechy, minięcie kilku turystów i ruszyłem w dół – prosto do mety.

Rowerowa ścieżka po której biegłem prosto przed siebie, trochę zaburzyła moją czujność i w ostatniej chwili zorientowałem się że muszę skręcić 90 stopni w prawo by dopiec do mety. 

Zgubić się lub pomylić trasę na tym biegu jest bardzo trudno 😉 dzięki banalnemu rozwiązaniu – przy każdym rozwidleniu trasy wiszą dodatkowe szarfy w kolorze innym niż właściwy. Jak trasa jest oznaczona np niebieskim kolorem to błędne „ścieżki” oznaczone są czerwoną szarfą – jeżeli taką masz przed sobą to znaczy że źle biegniesz i należy wrócić – proste a jakie skuteczne (cały czas się zastanawiam czemu to nie jest powszechnie używane rozwiązanie).

I właśnie dzięki takiemu oznaczeniu, na ostatnim rozwidleniu drogi skręciłem w dobrą stronę, nie myląc trasy – gdyż chciałem biec prosto przed siebie 🙂 

Przede mną była ostatnia prosta i meta gdzie każdy uczestnik „przecinał” szarfę zwycięzcy – fajny patent 🙂

Wnioski:

Pogoda: Jak na Wrzesień to idealna. Nie padało a po chłodym poranku słoneczko dało troszkę „popalić”.

Odżywianie: żele, zmiksowane jedzenie (własnej produkcji) które jakoś mi nie wchodziło tym razem, makaron, zupa pomidorowa i owoce.  

Nawodnienie: woda, woda i izo :).  

Sprzęt: buty Inov8 Terraultra G270 Plecak Salomon ADV Skin 5, czołówka, kije. 

Samoocena:

Było fajnie 🙂 Nie miałem parcia na wynik, liczyła się dobra zabawa i ukończony bieg. Na plus na pewno zbiegi i tempo, które starałem się utrzymać na stałym poziomie. 

Szkoda może tylko jednego -> nie udało złamać się 9h :/

Fajna impreza, b.dobra organizacja i super trasa.  

Meta: 9 miejsce open 

Czas: (oficjalny) – 09:11:50

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s