Łemkowyna 150-DNF

23:00 dzwoni budzik – fuck, dopiero co zasnąłem a już trzeba wstawać. Może i bym mógł pospać jeszcze z 30 – 40 min ale jakoś nie lubię robić wszystkiego na wariata. Śniadanie… lub raczej późna kolacja – bułka z dżemem + banan – klasycznie bez udziwnień. I chodź nie byłem zbytnio głodny to jakoś wmusiłem w siebie ten posiłek. 

Ok, pora się ogarnąć – jedna kanapka na drogę (z dżemem i masłem orzechowym), 2 x 0,5 litra izo i ubranie, które składało się z kilkunastu elementów. 

Mieszkałem 10 min spacerkiem od startu, więc o 00:30 podreptałem spokojnie do miejsca zbiórki. Na szczęście nie padało – chodź ostatnie godziny to momentami intensywne opady deszczu, więc świeże błotko było zagwarantowane. 

Start o 01:00:00 – w grupach 4-ro osobowych co 30 sekund. Ja startowałem w 10-grupie o 01:04:30. 

Włączona czołówka, czerwone światło na plecaku – krótkie odliczanie i GO! – pobiegliśmy. Początkowo trasa prowadziła przez pobliski park – po kostce, a dopiero po ok 500 metrach wbiegliśmy w las. Droga pod górę więc ciemność jakoś mi nie przeszkadzała – w miarę spokojnie ale z założeniem zbliżania się do zawodników którzy wybiegli wcześniej. Nigdy do tej pory nie biegałem w środku nocy po górach ale to co mi się spodobało to to że nie widać co jest przed Tobą 😉 – tzn ile jeszcze do góry, lub jak bardzo jest stroma góra 🙂  

Jak to w górach bywa – kiedy dobiegniesz juz na jakiś szczyt, wtedy droga najczęściej prowadzi w dół…. Zbiegi – była to jedna z rzeczy której obawiałem się najbardziej. Element który cieżko trenować a już na pewno ciężko trenować długie zbiegi gdy nie masz dostępu do gór. Do tego noc i opady dnia poprzedniego nie ułatwiły mi sprawy – co tu dużo pisać, zbiegałem jak ostatni leszcz. 

20 km trasy – to mniej więcej tutaj był rozmieszczony pierwszy punkt kontrolno – żywieniowy. Nie miałem potrzeby uzupełnienia płynów więc tylko zatrzymałem się na wyjęcie z plecaka kanapki i pobiegłem dalej. Trasa przez jakieś 2 km prowadziła asfaltem więc był to odpowiedni moment na spożycie prowiantu i przygotować się na kolejne 20km biegu – bo mniej więcej co tyle były rozmieszczone punkty. 

Założeniem było – nie szaleć, a na pewno nie w pierwszej części dystansu. Jednak na podbiegach czułem się naprawdę fajnie i gdy tylko dobiegałem do kolejnego zawodnika to chciałem go wyprzedzić – a tych którzy trzymali się za mną – zgubić (inaczej mówiąc zerwać ich). Gdy trasa prowadziła do góry to wszystko działało całkiem fajnie. Kolejny punkt żywieniowy początkowo miałby na 42 km, jednak został przeniesiony o 5 km dalej, co trochę pokrzyżowało moje plany. Zbyt długi odstęp między posiłkami i znikające izo, sprawiło że dopadło mnie lekkie osłabienie. Na punkcie wypiłem zupę pomidorową i zjadłem jasną bułkę, uzupełniłem izo i poleciałem dalej. Mimo że byłem już na trasie dobre 4h to nie jednak nie czułem tego upływającego czasu – w górach tyle się dzieje, do tego zbliżający się wschód słońca sprawiał że czas płynął bardzo szybko i oczywiście przyjemnie. 

Trasę przecinały kilkakrotnie strumyki i małe rzeczki, gdzie o pokonaniu ich suchą stopą można było zapomnieć. I w sumie tak wyglądały kolejne km – mokro i błotniście. Błota z każdym km było co raz więcej i po pewnym czasie już nawet nie starałem się przeskakiwać. Po prostu biegłem środkiem i już – nie miało najmniejszego sensu omijanie tego wszystkiego, a czasem było to wręcz  niemożliwe. I co z tego ze założyłem stup tuty ? Jeżeli noga grzęźnie w bagnie powyżej kostki to w takim przypadku żadne ochraniacze nie maja sensu.

Duża  ilość błota i wody, do tego temperatura, która z każdą minutą stawała się coraz wyższa zaczęły mi doskwierać. O ile mogłem część ubrań zdjąć – rękawki + kamizelka, to jednak wilgotne buty i stopy stawały się problematyczne. Wiedziałem że skutki tego wszystkiego zacznę odczuwać niebawem. Druga część tej 20-tki była dość płaska (niewielkie wzniesienia) i do Chyrowej dotarłem  spokojnym tempem. 

Był to kolejny punkt żywieniowo-pomiarowy a do tego także przepak-owy. (Znałem to miejsce – – nocowałem tutaj 2 lata temu przed startem w  Magurski ultramaraton) Ciepły posiłek w postaci makaronu z warzywami ( była też opcja mięsna) po części uzupełnił niedobory energii w organizmie – chodź na tym etapie trasy potrzebowałem więcej. Spokojnie mógłbym zjeść 2 lub 3 takie porcje. Siedząc na ławce złapałem chwilę oddechu, spokojnie zjadłem „obiad” i uzupełniłem izo. 

Pozbierałem się i ruszyłem w dalszą drogę z myślą że na 95 km będzie czekał mój support – tj. Mój Syn i Ojciec – ekipa która ostatnio towarzyszy mi w startach. Generalnie na trasie były wyznaczone  miejsca gdzie można było korzystać z zewnętrznego wspomagania – ale to dziwnie brzmi po Polsku 😉 Oczywiście z wielu powodów i racjonalnie podchodząc do sytuacji umówiłem się że mniej więcej w połowie trasy się z nimi spotkam. Zakładałem że po 12h powinienem dobiec do umówionego miejsca. Niestety cały misterny plan …. się rozjechał 

Po wybiegnięciu z Chyrowej nogi a dokładnie czworoboczne uda były już nieźle ubite i było to co raz bardziej odczuwalne. Do tego trasa prowadziła przez pola – czyli odkryty teren i bieg w pełnym słońcu – co najmniej mi odpowiada. 

W miarę szybko dotarłem do Sanktuarium św. Jana z Dukli, to miejsce także było mi znane i asfaltem w dół pociskałem z myślą ze niebawem dotrę do mojego Supportu. Tak byłem skupiony że przestrzeliłem skręt w lewo i dopiero po 300 m zegarek dał mi znać że zbiegłem z trasy – fuck – z powrotem pod górę :/

Przebiegłem przez mały lasek, jakieś chaszcze, wysokie trawy i dobiegłem do ruchliwej drogi gdzie trzeba było chwilę poczekać na jej przebiegnięcie. Okolica była mi znajoma i w mojej głowie zaczęły pojawiać się niepewności – coś tu jest nie tak myślę sobie – przecież zaraz będzie Cergowa – a miał być przecież punkt z supportem – przynajmniej tak to sobie zakodowałem w głowie. 

Pół softflaska z izo a przede mną pionowe podejście na Cergową – Fuck – najgorzej i do tego jeszcze to słońce. To był punkt w którym cierpiałem chyba najbardziej. Starałem się iść równo pod górę, zachowując jak najwiecej sił i przy okazji dawkować sobie resztki płynów. Zacząłem się troszkę dołować tą całą sytuacja – taktyka zaczęła się sypać i teraz walczyłem o przetrwanie. Po mozolnym marszu na szczyt czekało na mnie ostre zejście – nogi i głowa miały już serdecznie dość. Zamiast szybko zbiegać i nadrabiać stracony czas to ja wlokłem się na dół jak turysta 😉 – były to naprawdę ciężkie chwile dla mnie – nogi jak drewniane kołki a do tego w głowie myśl – gdzie do cholery jest ten punkt. 

Po wybiegnięciu z lasu zatrzymałem się przy szlabanie gdzie stało kilka auta – znajdował się tam „Mistrz” 🙂 – człowiek którego mijałem chyba już z 2 razy na trasie (był czyimś supportem) – i po raz 3-ci tego dnia zapytał mnie czy niczego mi nie potrzeba. O ile wcześniej niczego mi nie brakowało to teraz skorzystałem z jego pomocy – poprosiłem o wodę do flaska i poczęstowałem się batonem. Jestem pełen podziwu dla osób wspierających biegaczy – tych na punktach odżywczych ale także tych „lotnych” którzy chętnie pomagają zawodnikom – Złoci ludzie. 

Od tego miejsca było mniej więcej 2 km do wspomnianego punktu z moim supportem – chodź też nie byłem pewien ile jeszcze, bo akurat tego nie miałem nigdzie oznaczonego. 

Wykonałem szybki telefon – gdzie to dokładnie jest i jak tylko zobaczyłem dwa stojące Tiry wiedziałem że jestem „wreszcie” na miejscu. 

Pierwsze co zrobiłem to zmieniłem buty i skarpetki, które były całe mokre a także zdjąłem i zostawiłem stupruty które i tak się nie sprawdzały. Chwile przesuszyłem stopy a w miedzy czasie jadłem słodką bułkę z dżemem. Uzupełniłem izo, spakowałem magnezowe shoty, założyłem nowe skarpetki i drugi komplet butów – Altar Olimpus 3,5 – z dużą amortyzacją, w sam raz na zmęczone nogi (chodź najlepiej było by je mieć na stopach 20 km wcześniej).

Złapałem drugą bułkę w rękę i poleciałem  a Chłopaki się zapakowali i pojechali dalej – w kierunku metym Minęliśmy się jakieś 700 m dalej – krzyknęli mi przez okno aby się pośpieszył i odjechali 🙂 

Ja skończyłem drugą bułkę i asfaltem biegłem dalej – a przynajmniej się starałem – mięśnie bolały mniej (dzięki większej amortyzacji) ale nadal było to wszystko odczuwalne. 

104km – punkt kontrolno / żywieniowy w Iwonicz-Zdrój – Wszystko w sumie miałem ale że była opcja wzięcia bułki z dżemem to z niej skorzystałem – z myślą o dalszej drodze – bo w końcu jeszcze 50km przede mną. 

Tak się zakręciłem na tym punkcie że zostawiłem kijki i znów musiałem się wrócić ehh – człowiek zmęczony to i głowa już nie funkcjonuje prawidłowo. W samym centrum miejscowości znajdowała się meta krótszego dystansu, więc ja tylko przebiegłem przez matę i poleciałem dalej.

Kolejne 20 km przede mną – trasy zróżnicowanej – asfalt i leśne ścieżki. Czas płynął powoli bo tempo było już dość wolne. Przechodnie krzyczeli powodzenia, dopytywali co to za zawody – ktoś zapytał skąd idę :/ – myślę sobie – jakie idę ?? I od razu przyśpieszyłem 🙂 Jak jest się samemu na trasie to łatwo o dekoncentrację i spowolnienie. 

Po wybiegnięciu z lasu i wbiegnięciu na asfalt zaczęły pojawiać się drogowskazy – z daleka widziałem napis „Puławy…” zerkam na mapę – tak Puławy Górne następny punkt – podbiegam bliżej i widzę „Puławy…. Dolne” – FUCK – to nie tutaj. 

Po kilkudziesięciu minutach dotarłem do punktu. Tam czekała na mnie Zupa dyniowa 🙂 i w sumie tyle. Wypiłem, uzupełniłem kolejny raz izo – zamieniłem dwa zdania z Osobami które tam były i ruszyłem dalej. Dzień dobiegał końca, słońce powoli chowało się za górami – wiedziałem że nie dobiegnę już za „dnia” do mety a takie było założenie. Początkowo pod górę więc był to odpowiedni moment by zjeść bułkę z dżemem. Lekki wiaterek zaczął wychładzać mój organizm więc starałem się podkręcić tempo by jak najszybciej wbiec w las – tam przeważnie jest cieplej i spokojniej. Odcinek w miarę „płaski” z kilkoma krótkimi podbiegami na których szło mi lepiej niż na zbiegach – mniej bolały nogi więc mogłem podbiegać. Aby tempo było szybsze niż marsz postanowiłem że będę biegł 500 m i drugie 500 m szybki marsz. Sprawdzało się to na tyle dobrze że zacząłem wydłużać te odcinki – oczywiście w ramach swoich możliwości.

Nagle dobiegłem do punktu którego nie było wcześniej na mapie – w środku lasu paliło się małe ognisko z dwoma kociołkami, obok hamak na drzewie, dwa namioty i stolik. Ekipa na nieoznakowanym punkcie kontrolnym 😉 Zatrzymałem się z myślą że może ten ten punkt który miał być za 20 km 🙂 – w sumie i tak musiałem to zrobić by wyjąć czołówkę, tylne czerwone światło i oczywiście założyć bluzę. Przy okazji zostałem poczęstowany gorącą herbatą z miodem o której marzyłem przez ostatnie kilka km. Podczas gdy Ja ogarniałem się do dalszej drogi przebiegł obok mnie zawodnik – myślę sobie – mhm jak tak dalej pójdzie to wszyscy mnie wyprzedzą – na co osoba z punktu mówi – spokojnie on też będzie musiał się zatrzymać aby się ubrać i założyć światło 🙂 Ogarnąłem się, podziękowałem za herbatę i pobiegłem dalej – na chwilę energia wróciła. 

Jakieś 500m dalej dobiegłem do zawodnika który mnie minął 🙂 – stał i się ubierał w bluzę i montował czołówkę. Kolejne 2km to marszobieg – czułem jak na moich stopach pojawiają się kolejne bąble –  najgorzej było na piętach, dyskomfort był odczuwalny podczas stawiania kolejnych kroków. 

Po kolejnych kilkudziesięciu metrach lub kilkuset już w sumie nie pamietam znalazłem się na polanie, gdzie początkowo droga prowadziła lekko pod górę by poźniej zamienić się w dość stromy zbieg. 

Każdy krok był niesamowicie odczuwalny, uda bolały najbardziej, były jak dwa drewniane klocki. Krok = ból, nie mogłem przyśpieszyć – nie byłem w stanie normalnie zbiec a nawet iść. Zerknąłem na zegarek – jeszcze jakieś 14km do mety – FUCK – w takim stanie będzie trwało to wieczność. Odwróciłem się za siebie i zobaczyłem zbliżające się światełka – dobiegły do mnie 3 osoby, zamieniły dwa zdania i podrapali dalej w dół. 

Zdążyłem się zapytać gdzie jest ten punkt żywieniowo-kontrolny w Przybyszowie – bo wszędzie do około było ciemno – w odpowiedzi usłyszałem że pewnie na dole – tak wynika z tracka. 

W tym momencie przeprowadziłem szybką analizę sytuacji:

– do końca ok 14km 

– nogi z drewna nie zaniosą mnie szybko do mety

– ciemność na pewno nie ułatwi „biegu” a raczej go jeszcze spowolni

– z Chłopakami umówiłem się że wrócimy jeszcze tego samego dnia (brak ogarniętego noclegu) no i do domu było jakieś 5h drogi samochodem.

– Planem było ukończenie biegu ale też zrobienie tego poniżej 20h – co i tak się nie wydarzy

– FUCK – nie będę dreptał do mety dla samego ukończenia biegu – nie tak to miało wyglądać i nie po to tyle trenuje.  Nie chcę tak kończyć zawodów…

Decyzja podjęta – schodzę z trasy – szybki telefon do Chłopaków – aby przyjechali po mnie i mnie zgarnęli – abym się nie rozmyślił 😉 – decyzja nie była łatwo ale biorąc wszystkie za i przeciw jedyna słuszna.

Dodreptałem do punktu i zakończyłem swój udział w biegu – na pytanie czemu schodzę z trasy odpowiedziałem – Nie bawi mnie takie „bieganie” – nie ma w tym żadnej przyjemności.

Powiedziałem że ze mną wszystko ok – zaraz pojawi się mój Support i mnie zgarnie – zdjąłem chip z nogi, podziękowałem za wszystko i poszedłem w stronę nadjeżdżającego samochodu…..

Wnioski:

Pogoda: – początkowo fajna, później trochę za ciepło – przynajmniej dla mnie.

Odżywianie: żele, kanapka z dżemem, banan, zupa pomidorowa i dyniowa, makaron z ważywami, słodkie bułki.

Nawodnienie: izo i herbata

Sprzęt: buty Inov8 Terraultra G270 przez pierwsze 103km, później Altra Olympis 3,5, rękawki + kamizelka, czołówka i tylne oświetlenie, kijki.

Samoocena:

Biegu nie ukończyłem więc nie jestem zadowolony. Zawiodło planowanie i brak dokładniejszej analizy trasy. Bieg na takim dystansie musi być dobrze przemyślany i dopracowany w najmniejszym szczególe – jeżeli chcemy bić jakieś rekordy. Na pewno momemnty zmiany butów powinien odbyć się wcześniej – na 80km. Do tego w pierwszej części trasy straciłem zbyt dużo sił na sprawdzaniu swojej kondycji – może za szybko pokonywałem pewne podbiegi. Totalna klapa na zbiegach – wiedziałem że ten element na początku sezonu nie będzie dobrze działał. I chyba najważniejsze – taki dystans na pierwsze zawody w roku (bez wcześniejszego przetarcia się gdzieś w górach) to nie był najlepszy pomysł. Na pewno duże oczekiwania co do wyniku także nie ułatwiły sprawy i sam siebie niepotrzebnie stresowałem. A i ostatni dzień i noc przed zwodami – ciężko jest biec przez 20h gdy dzień wcześniej praktycznie się nie śpi. Na pewno brak snu miał wpływ na kondycję.

Ale żeby nie było – podczas tego biegu kilka rzeczy było na plus. Po pierwsze podbiegi – widać progres. Jest siła i ten element znacznie się poprawił. Po biegu nie bolalły mnie ani łydki, ani przywodziciele ani tylnia część uda. Generalnie wyglądało to całkiem fajnie. Ćwiczenia stablizacji przynoszą efekty – czułem się pewniej na wąskich ścieżkach i błocie gdzie noga ślizgała się jak na lodowisku. Dobrze dobrane buty – tzn w pierwszej części lżejsze – ze względu na dużą ilość błota a później większa amortyzacja.

Była to dobra lekcja pokory.

Dystans: 140 km – DNF 14 km przed metą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s