Jurajski Festiwal Biegowy – Jura 100

Gdybym miał opisać w dwóch słowach ten bieg to było by to mniej więcej tak: „ultra beton”. 

W pierwszej chwili miałem pisać relację na „gorąco” – następnego dnia po biegu, ale nie było by to nic pozytywnego – potrzebowałem chwili aby to sobie wszystko „przetrawić” na spokojnie. 

Na dobry wynik w zawodach składa się wiele (czasem bardzo drobnych) elementów. Jeżeli popełnimy błędy w kilku z nich – nie ma co liczyć na końcowy sukces.  

Podlesice – miejscowość oddalona ode mnie jakieś 265 km – to tam była usytuowana START/ META Jurajskiego Festiwalu Biegowego. 

Aby nie tracić czasu na wcześniejsze dojazdy postanowiłem wykonać tzw. „one day trip” – czyli dojazd na zawody, bieg i powrót tego samego dnia. W dobie tego co się dzieje chyba najlepsze rozwiązanie.

Pobudka 02:20 – szybkie ogarnięcie się i o 03:00 wyjazd – by na miejscu być o 06:00 – musiałem jeszcze odebrać pakiet startowy. 

Całą drogę padało lub”lało” – nie było to dobry prognostyk przed biegiem – także serwisy pogodowe zapowiadały „mokry” i chłodny dzień – no ale takie życie biegacza 😉 Mi akurat taka pogoda nie przeszkadza ale fajnie aby chociaż start był „suchy” 🙂 

Zawody jak i sama okolica była dla mnie jedną wielką niewiadomą a do tego w „internetach” nie znalazłem żadnej relacji z biegu (chyba że źle szukałem 😉 Przynajmniej pomogło by mi to w doborze odpowiedniego obuwia…

Wystartowaliśmy punktualnie o 8:00 – początkowy po łące na której była usytuowana baza zawodów a następnie kostka brukowa aż do momentu wbiegnięcia na szlak.

Pierwsza część trasy to dwie pętle „na” i „wkoło” najwyższego szczytu w okolicy – Góra Zborów – 467m. Szutry, piaszczyste odcinki a na samym szczycie trochę kamienia – zapowiadało się całkiem fajnie. 

Niestety dalej już tak nie było kolorowo…

Przeplatanka szutrów z dłuższymi asfaltowymi odcinkami – raczej płaskimi, sprawiło że bieg stał się monotonny – w sumie można było włączyć „auto pilota” i równym tempem biec sobie spokojnie do przodu. Z każdym kolejnym „betonowym” kilometrem moje nogi zaczęły się „ubijać” i zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki rozczarowania. Do tego raczej bardzo przeciętne punkty odżywcze sprawiły że chciałem jak najszybciej dobiec do „przepaku” – punktu w którym miał czekać ciepły posiłek i (przynajmniej tak ja myślałem) cała reszta „smakołyków” nie wspominając o izotoniku (którego nie było na wcześniejszym punkcie). Był to bodajże 57km (tutaj zaznaczę że wszystkie punkty odżywcze znajdowały się dokładnie na tym kilometrze który został wcześniej podany – co do metra). 

Nie ukrywam – byłem głodny i miałem chęć zjeść coś innego niż żel lub owoc które były moim dotychczasowym prowiantem. BAANG!!!…….. jakoś tak tutaj pusto…….czy dobrze trafiłem?? 

Ok – biegłem w czołowej grupie więc nie nastawiałem się na tłumy ale akurat nie to mnie wmurowało – oprócz zgrzewek wody i Miłej osoby która wydawała ciepłe posiłki nie było nic więcej – zero izotonika, zero suchego prowiantu nic a nic. Byłem mega rozczarowany, na tyle że nawet nie zapytałem czy zupa lub pierogi które można było zjeść były wegańskie – z góry założyłem że tak nie jest i po uzupełnieniu płynów (czytaj wody) wyciągnąłem batona z plecaka i podreptałem dalej. Osoby które miały swój „support” mogły z niego korzystać właśnie na takich punktach odżywczych – zrobił tak jeden z biegaczy który dobiegł chwilę po mnie – czekał na niego (znajomy? ktoś z rodziny?) z jedzeniem i tym czego potrzebował. 

Kawałek dalej trasa zaczęła zmieniać się w pustynię…….. tak – biegliśmy przez pustynię Siedlecką – nawet mnie to jakoś nie dobiło 😉 BA!!! – przynajmniej było miękko 😀  

10 km dalej zlokalizowany był kolejny punkt odżywczy – uzupełniłem izo, złapałem dwie brzoskwinie i poczłapałem dalej. I chodź w tym miejscu byłem 3-ci to wiedziałem że tego miejsca nie uda mi się obronić – brakowało mi „mojego” jedzenia. Miałem jeszcze pół bułki (z dżemem i masłem orzechowym) ale to było zdecydowanie za mało a do mety jeszcze ponad 40km. 

Rozpoczęła się wewnętrzna walka – wszystko zaczęło się nawarstwiać a trasa wciąż wyglądała podobnie – trochę szutru, leśne ścieżki i duża część asfaltu. Nie chce tutaj być monotonny ale ta twarda, betonowa nawierzchnia mnie po prostu prześladowała – chyba takim punktem kulminacyjnym było wbiegnięcie do miejscowości (nazwy nie pamietam) i przebiegnięcie wzdłuż po ścieżce rowerowej – dramat. 

Kolejny punkt odżywczy znajdował się na 87km i było to miejsc które już wcześniej odwiedziłem – uzupełniłem wodę, złapałem dwa Kubusie – mus owocowy i ruszyłem dalej. Słońce z każdym kilometrem znajdowało się co raz niżej więc postanowiłem troszkę się „ubrać” aby się za bardzo nie wychłodzić. 

Nie planowałem biegania po ciemku ale na tą okoliczność także byłem przygotowany. Czołówka znajdowała się na dnie plecaka (w końcu miała się nie przydać) a ja się zastanawiałem jak ją wyjąć bez zatrzymywania się. Spojrzałem na mapę – na 97 km przedostatni punkt „gastronomiczny” 😉 dobiegłem tam przed samym zmrokiem. Poprosiłem o pomoc w wyjęciu „światełka”, wymieniłem wodę na izo i za namową stojących tam osób ( za co bardzo dziękuję) złapałem garść pomidorków koktajlowych – o tak – tego mi było trzeba. I chodź nie dodały mi jakoś energii to przynajmniej na chwilę zmieniły owocowy „smak” jaki towarzyszył mi przez ostatnich kilkadziesiąt kilometrów. 

Przede mną został ostatni odcinek – wbiegnięcie na górę Zborów – jednak tym razem po ciemku, przy wietrze i padającym deszczu. Pogoda na koniec dnia się zepsuła – chodź i tak dobrze że nie padało przez cały dzień 😉 Koncentracja była na bardzo niskim poziomie więc już nawet nie próbowałem szybciej zbiegać, tylko skupiłem się aby dotrzeć na metę. Tak naprawdę chyba ostatnie 5-7km to był szybszy marsz. Marzyła mi się ciepła herbata i kanapka z wędzonym tofu 🙂

Na metę nawet nie wbiegłem – mimo że spiker próbował jeszcze mnie zmobilizować okrzykami to jednak – nie. Byłem umęczony, głodny i chyba przede wszystkim zły. 

Ostatecznie bieg ukończyłem na 7 miejscu.

Wnioski:

Pogoda: – jak dla mnie idealna – fajnie że nie padało przez cały dzień

Odżywianie: żele, owoce i pomidorki koktajlowe + „moja” kanapka.

Nawodnienie: izo i woda w dwóch soft flaskach. Uzupełniałem na punktach z pominięciem chyba 3 pierwszych. 

Sprzęt: buty Inov8 Terraultra G260 ( sprawdziły się wcale na tej trasie), Plecak Salomon ADV Skin 5, rękawki + kamizelka, czołówka. 

Samoocena:

hmm, gdybym napisał ten tekst od razu po biegu to pewnie wszystko bym zwalił na organizatorów, trasę itd. Jednak nie było by to fair – na końcowy wynik miały wpływ wszystkie „drobne” błędy które popełniłem. 

Źle dobrane obuwie – tutaj lepiej sprawdziły by się Hooki które zostały w aucie lub nawet Altry olimpus 3,5. Po raz kolejny odżywianie do poprawki. Na takim dystansie jest to bardzo ważny element którego nie można lekceważyć. I chodź nie jestem wcale zadowolony z tego biegu to jednak taki kubeł zimnej wody był mi potrzebny. Ważne by szybko wyciągnąć wnioski i nie popełnić tych błędów raz jeszcze. 

Generalnie bieg „ok” dla tych co chcą nabić kilometrów na łatwiej trasie. I chodź dla mnie to był pierwszy i ostatni start w tej imprezie to mogę tą trasę polecić dla osób które obawiają się gór a chcą przebiec ultra. 

Meta: 7 miejsce open 

Czas: (oficjalny) – 12:50:26.

Dystans: 111km

PS. Nie mam żadnych „swoich” fotek z tego biegu – albo jeszcze nie zostały opubliowane ale biegłem tak szybko że nie udało się mnie sfotografowować 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s