Tatra Fest Bieg 2020

Jakoś nie mogłem się zebrać do napisania tego tekstu, z jednej strony cieszyłem się że wreszcie pobiegałem w tym roku po górach (nie licząc Zimowego Janosika z początku roku) i to nie byle jakich – najwyższe pasmo górskie w Polsce a z drugiej miałem mieszane odczucia po biegu – ale zacznijmy od początku…

Do Zakopanego przyjechałem wraz z rodzinką we wtorek na 4 dni przed biegiem – był to długo wyczekiwany urlop, aklimatyzacja, trening w górach no i oczywiście start w Tatra Fest Bieg 🙂

Tego dnia (rankiem) biegałem jeszcze u siebie na nizinach (ponad 800 m różnicy w stosunku do Zakopanego) więc po przyjechaniu tylko spacerek po okolicy i podziwianie pięknych widoków. 

W Środę postanowiłem zapoznać się z trasą i z samego rana (jeszcze przed śniadaniem) pobiegłem na „Kasprowy” – miał to być rekonesans trasy, szkoda tylko że nie sprawdziłem dokładniem którym szlakiem będziemy biec podczas TFB 😉 – o czym przekonałem się podczas biegu 😀

Chciałem też przetestować w górach nowe buty Inov-8 Terraultra G 260 – miałem dylemat czy wystartować w Hoka ona speedgoat czy właśnie w Inov-ach.     

Wybiegłem po 5 rano więc warunki atmosferyczne były idealne – przynajmniej dla mnie 🙂 Ku mojemu zdziwieniu biegło mi się bardzo dobrze – tempo spokojne /  dość równe. Na szycie bylem pare minut po 6 – chyba jako pierwszy tego dnia – a przynajmniej w danej chwili. Kilka fotek, banan, parę łyków izotonika i pora wracać na śniadanie 🙂 

W dół także starałem się nie forsować tempa, chciałem obyć się trochę ze zbiegami bo tego najbardziej mi brakowało. 

Generalnie jakoś niespecjalnie zmęczył mnie ten trening i w sumie dobrze bo przecież nie o to chodziło 🙂 a dzień dopiero się zaczął 😉 

Tego dnia wybraliśmy się jeszcze na spacer po dolinie Kościeliskiej więc cały czas na „nogach”. 

Czwartek był ostatnim dniem treningowym przed startem – poranna przebieżka po Zakopanem a po śniadaniu wyprawa z 6 latkiem na Nosal. W sumie fajna „górka” 🙂 Nie za wysoka – „tylko” 1206 m 😉 dobrze wchodzi na czworogłowe uda 😉

Piątek to już leniuchowanie i objadanie się 😉 W sumie to od Środy „leciałem” już na jasnym pieczywie, maśle orzechowym, suszonych owocach i makaronie – oczywiście wszystko na potrzeby biegu 🙂 

Akurat tego dnia pogoda zaczęła się psuć i pojawiły się przejściowe opady deszczu. Odbiór pakietu, krótki spacer + obiad i w sumie tyle z aktywności na zewnątrz. 

Pod koniec dnia organizatorzy TFB podjęli decyzję o skróceniu trasy – ze względu na burze które miały się pojawić w sobotę nad tatrami zachodnimi. Oczywiście tego komunikatu nie widziałem (pojawił się na Facebook-u) i z nastawieniem na 60 km zacząłem szykować się do biegu. 

 „Obowiązkowego” wyposażenie, do tego żele i batony sprawiły że mój plecaczek był dobrze wypchany. Oczywiście wszystko się pomieściło – łącznie z moim wielgachnym telefonem 🙂 

Sobota – 2:30 pobudka…. dość wcześnie jak na bieg o 5:00 rano ale niestety na lini startu trzeba było zjawić się 1h wcześniej – weryfikacja wyposażenia no i trzeba było tam jeszcze dotrzeć 🙂

Na miejscu pojawiłem się chwilę po 4:00 – powoli dochodzili kolejni zawodnicy a organizatorzy „budowali” całe zaplecze. 

Ze względu na ograniczenia związane z Covid-19 start był podzielony na dwie grupy – każda po ok 150 osób w odstępach 15 min. Pierwsza o 5:00 a druga o 5:15. 

Mi przypadło startować w grupie nr 2. Generalnie jakoś mi to nie przeszkadzało – akurat szlak na Kasprowy jest dość szeroki a i tak „peleton” się szybko rozciągnie, do tego większość trasy to kamienie więc nie miało to takiego znaczenia jak np. podczas biegów w Bieszczadach (tam po opadach i przebiegnięciu kilkunastu osób trasa staje się znacznie trudniejsza + brak miejsca na wyprzedzania znacznie spowalnia tempo biegu) 

10,9,….,3,2,1,START!!!! ruszyliśmy 🙂 

Początek biegłem spokojnie – nie chciałem od razu wskoczyć na wysokie tętno i zacząć zakwaszać organizmu a do tego niepewność związana z pierwszym startem w Tatrach i wielką niewiadomą jeżeli chodzi o moje przygotowanie.

Godzina z hakiem i pojawiam się na szczycie Kasprowego – mijam pierwszy punkt z wodą i biegnę dalej – teraz zaczyna się prawdziwa „zabawa” 😉

Kondracka Kopa, Małołączniak, Krzesanica, Ciemniak – jeden z piękniejszych odcinków – widoki z 2000m robią wrażenie ale by się zachwycać trzeba się zatrzymać. Tutaj biegnąć (a nawet szybko idąc) trzeba być cały czas skoncentrowanym. Chwila nieuwagi i można łatwo skręcić kostkę. Zdjęcia robili profesjonaliści dla tego mój wzrok był skierowany przed siebie – no dobra czasem zerkałem, ale nie za dużo 😉 

Po tym malowniczym odcinku trasa prowadziła ostro w dół do schroniska na Hali Ornak. Niby fajnie bo zbieg ale początkowo było dość wąsko i ślisko a do tego czasem trzeba było się mijać więc tempo nie było jakieś super szybkie. Szczególnie że wcześniej kilka razy poślizgnąłem się na kamieniach (musiało to śmiesznie wyglądać bo przyjmowałem dziwne pozycje aby utrzymać równowagę) i trochę zacząłem biec asekuracyjnie. 

Na Hali Ornak był zlokalizowany punkt odżywczy – uzupełniłem izotonii, zjadłem świeże owoce i pobiegłem dalej. 

Iwaniacka Przełęcz – Ornak – tutaj zaczęły się „schody”. Ten odcinek ostro dał mi popalić – tempo spadło i powoli, mozolnie człapałem na górę. Tutaj brakowało mi mocy w nogach. Na tym etapie zacząłem używać kijków – w końcu po coś je ze sobą zabrałem 🙂 chodź może niepotrzebnie…

Jakoś nie potrafiłem z nich korzystać tego dnia . Dość pionowe podejście a do tego kamienista droga sprawiło że bardziej mi te kije przeszkadzały niż był z nich pożytek – no ale do samego szczytu mi towarzyszyły.

Następnie lekko w dół na Siwa Przełęcz gdzie nastąpiła zmiana trasy. Tracker pokazywał aby biec dalej prosto a oznaczenia trasy by biec w prawo. Gdybym wcześniej o tej zmianie przeczytał to bym się może nie zdziwił 🙂 a tak to troszkę się „zakręciłem” ba – nawet miałem w pewnym momencie chwilę zwątpienia czy dobrze biegnę 🙂

Pierwszą część zbiegu znów pokonałem bardziej asekuracyjnie, zwracałem  bardziej uwagę gdzie stawiam nogi i nie rozpędzałem się szczególnie. Im trasa robiła się bardziej „stabilna” tym starałem się nabrać prędkości.  

I tak sobie biegłem w dół Doliną Starobociańska gdzie na wylocie czekał kolejny punkt odżywczy. Uzupełniłem izotonik, zjadłem kawałek banana i arbuza i ruszyłem dalej. 

Tutaj starałem się nadrobić czas i zacząłem podkręcać tempo. Na szlakach zaczęło się pojawiać co raz więcej turystów i momentami przypominało to slalom. Chodź większość ustępowała miejsca, dopingowała i klaskała to czujność trzeba było utrzymać gdyż dzieci chodzą „swoimi” ścieżkami 🙂 Szczególnie zapadła mi w pamięci dziewczynka która wybrała się na szlak z telefonem w rękach i idąc do przodu cały czas wpatrywała się w niego mając głowę skierowaną do dołu. Akurat szła po moim „torze” i chodź biegłem na nią, klaskałem i na koniec krzyknąłem „obudź się” to nie zwróciła nawet uwagi – ehhh – pewnie za karę tam była 😉 

Kawałek dalej zbiegłem z „zatłoczonego” szlaku w prawo w kierunku Wielkiej Polany w Dolinie Małej Łąki. 

Do góry – do dołu – tak wyglądał ten odcinek trasy. Podejścia nie były szalenie strome i długie, do tego pojawiały się co jakiś czas „marchewki” – tak nazywam zawodników przede mną – w zasięgu wzroku których zaczynam gonić. To taka mobilizacja do szybszego biegu 🙂 Od ostatniego punktu żywieniowego zacząłem wyprzedzać kolejnych biegaczy dzięki temu biegło mi się „lżej”. Spojrzałem na zegarek – byłem na trasie już ponad 6h – pomyślałem sobie „dobrze było by dobiec poniżej 8-u godzin” – w końcu krótsza trasa 🙂

Słońce zaczęło przebijać się przez chmury, momentami robiło ciepło i duszno. Na szczęście była to wysokość ok 1200m n.p.m więc tutaj drzewa rosły normalnie 🙂 można było skorzystać z cienia 🙂

W pewnym momencie „sfokusowany” na zawodniku przede mną źle postawiłem nogę i (nie wiem jak to do końca zrobiłem) wypadłem z trasy. Coś krzyknąłem, odruchowo złapałem się większego kamienia i upadłem na zboczu. Na szczęści nie było tam stromo i zatrzymałem się na zboczu. Oprócz zbitego kolana i krwawiącego palca nic się nie stało. Jak to najczęściej bywa – chwila nieuwagi i gleba gwarantowana. Wstałem otrzepałem się i nakręcony pobiegłem dalej z myślą o złamaniu tych 8h. Do mety było jakieś 1,5 km i patrząc na zegarek wiedziałem że będzie cieżko dobie o czasie – szczególnie że ostanie kilkanaście metrów droga prowadziła po „kocich łbach” gdzie biegło mi się bardzo „niewygodnie”.

Przebiegłem pod kolejką jadącą z Kasprowego, skręciłem w lewo, następnie w prawo i znów w lewo gdzie rozpędzony wbiegłem na metę. 

Spoglądam szybko na zegarek – 8h:01m:18s – ahhhh, było blisko 😉

Wnioski:

Pogoda: Chyba idealna – biorąc pod uwagę upały jakie panowały przez ostatnie dni to akurat tego dnia nie mogłem narzekać na pogodę. 

Odżywianie: Tym razem na trasę nie zabrałem bułki z dżemem i masłem orzechowym co było dobrą decyzją bo akurat profil trasy nie pozwalał by na jej skonsumowanie. Miałem ze sobą kilka żeli firmy Alenergy i chodź jadłem je pierwszy raz to miło mnie zaskoczył – nie były wcale słodkie. Jeden miałem o smaku caffe latte – strasznie niedobry ale reszta w sam raz. Oczywiście na punktach odżywczych zjadłem owoce przez co na metę wróciła ze mną część prowiantu (żele i batony).

Nawodnienie: 2 x 0,5l soft flaski z izotonikiem które były uzupełniane na każdym punkcie (oprócz na Kasprowym)

Sprzęt: – Plecak Salomon ADV Skin 5, kije – Black Diamond Distance Carbon, buty Inov8 Terraultra G 260 które się świetnie spisały jak na pierwszy taki bieg. 

Samoocena: 

Gdyby ktoś mi dawał przed biegiem miejsce w pierwszej 50-ce to wziął bym to pewnie w ciemno. Jednak po przekroczeniu mety czułem się jakoś tak dziwnie. 

Po pierwsze zdziwiło mnie to że moje nogi które nie były wcale ”zakwaszone”. Wcześniejsze biegi a dokładnie ich końcówki były dla mnie cierpieniem. Zawsze na końcówkach brakowało mi mocy a nogi były totalnie zajechane. Teraz było zupełnie inaczej. Nie wiem, może to kwestia zmian w treningach ? Ciężko wyciągać wnioski po jednym biegu. 

To czego mi zabrakło to na pewno siły w nogach na podbiegach i techniki / obycia ze stromymi kamienistymi zbiegami. 

Może gdybym wcześniej chodź raz odbył jakiś dłuższy trening lub wyścig w Tatrach to ten bieg wyglądał by inaczej. 

Na pewno brakowało mi startów w górach, tak naprawdę każdy bieg to też dla mnie trening i przygotowanie do kolejnych zawodów biegowych.

Wydaje mi się że stać mnie było na dużo lepszy czas. Po analizie danych zebranych podczas biegu spokojnie mogłem urwać jakieś 30-40 minut. 

Dużo mi to dało do myślenia ale na konkretne decyzje poczekam do ostatniego startu w tym roku. Zobaczymy jak to się wszystko ułoży. 

Meta: 49 miejsce open.

Czas: (oficjalny) – 08:01:21 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s