Magurski UltraMaraton 2019

Jest 43 km trasy, ponad połowa dystansu za mną – zaczynam odczuwać lekki głód i spadek energii. Nie ma na co czekać – przechodzę do marszu i wyciągam z plecaka bułkę pszenną z dżemem – tak, to czas by naładować akumulatory.

Ale od początku..

Beskid Niski – to tam organizowany jest „Magurski UltraMaraton”. Tereny nieodkryte przeze mnie aż do tego roku. Na miejsce przybyłem 2 dni wcześniej – lubię przed startem przespać „normalnie” przynajmniej jedną noc i do tego poznać okolicę. Zatrzymałem się we wsi Chyrowa – a dokładnie tutaj http://chyrowaski.pl/. Gościniec – noclegi, restauracja plus do tego stok narciarski. Ok – mamy lato więc narty się nie przydadzą ale np. do podbiegów idealne miejsce 🙂 Wspaniała okolica w sam raz na obóz treningowy – biegowy czy rowerowy. Na pewno każdy znajdzie coś dla Siebie. Na miejscu nie robiłem już żadnych treningów – był to czas na relaks i regenerację ale że nie potrafię usiedzieć w miejscu (i to jeszcze takim) wybrałem się na krótki spacer po okolicy.

W przed dzień startu zwiedziłem Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego w Bóbrce:

a także wszedłem na szczyt Cergowej (716,4 m) gdzie znajduje się wieża widokowa. Nie jest to wyprawa całodniowa ale można się „troszkę” zmęczyć. Nawet przez chwilę pomyślałem żeby sobie tam wbiec 🙂 ale szybko wybiłem ten pomysł z głowy.

Po obiedzie spakowałem swoje rzeczy i wyruszyłem do Krempnej. Tam było zlokalizowane biuro zawodów (szkoła w Krempnej) oraz nocleg dla osób startujących w ultramaratonie. Miejsca na sali było dużo więc szybko znalazłem „swój” kawałek podłogi gdzie się „zainstalowałem”. Oczywiście im później tym sala wypełniała się co raz szybciej – chętnych na nocleg w szkole było naprawdę wiele osób. Ale jak się dobrze „upcha” to się wszyscy zmieszczą 🙂 Noc w takim miejscu nie należy do najłatwiejszych (kto spał to wie że liczba przespanych godzin jest bardzo mała) ale ma to swój klimat – poznaje się nowych, wspaniałych ludzi którzy mają wspólną pasję. Dla tego jeżeli jest taka możliwość zawsze z niej korzystam.

Przygotowanie sprzętu – tym zająłem się następnie. Upchanie wszystkiego co potrzebne i co „może” się przydać to nie łatwa sprawa. Staram się z każdym biegiem zmniejszać liczbę tego co dźwigam ze sobą. Dwa flaski (każdy po 0,5l) izotonika, żele energetyczne (testowałem mieszankę domowej roboty o czym napiszę w oddzielnym wpisie), shot magnez-owy, kanapka z dżemem, i obowiązkowe rzeczy tj. folia NRC, dowód osobisty, telefon komórkowy, sylikonowy kubek (na punktach żywieniowych się przydaje) i do tego jeden pusty flask 0,3l (tak w razie co) – rytuał zakończony 🙂

Dwie bułki (z dżemem i masłem orzechowym), połowa bajgla oraz kilka daktyli – tak wyglądała moja kolacja. Nie chciałem się objadać „ciężkim” jedzeniem. Wolę biegać na lekkim głodzie niż z „pełnym” brzuchem.

Odprawa – krótka informacja o warunkach panujących na trasie oraz przewidywana pogoda, przypomnienie zasad obowiązujących na trasie a także kilka kluczowych informacji na temat samej trasy (na co szczególnie zwracać uwagę). Zawsze warto być i wysłuchać.

Punkt 22:00 zgasły światła – zaczęła się „cisza nocna” – no prawie bo w takim miejscu to nie możliwe. Każdy ma swój rytuał i musi go odbyć, oczywiście o różniej porze dnia lub nocy. Łatwo nie było ale noc jakoś udało się „przespać” (spałem może 3h). Pierwsze osoby wstały juz o 03:00 i od tego momentu zaczął się „efekt domina”. Wiedziałem że dalszy „sen” nie ma sensu więc zacząłem powoli łapać kontakt z rzeczywistością. Start biegu było o 05:00 – niby dużo czasu ale już samo skorzystanie z łazienki wymagało odstania chwili w kolejce. Na śniadanie bułka z dżemem + druga połówka bajgla a następnie przyszedł czas na ubranie się i weryfikację raz jeszcze całego sprzętu.

Pogoda idealna do biegania – ok 11-12 stopni, lekko pochmurne niebo dawało nadzieję że tego dnia „upał” odpuści.

05:00 – START!!!

Nauczony doświadczeniami z poprzednich wyścigów, postanowiłem od samego początku pobiec mocnym tempem aby wypracować sobie dobrą pozycję przed pierwszym podbiegiem (nie chciałem maszerować w długiej kolejce na szczyt). Pierwsze kilkaset metrów wystarczyło by znaleźć się z przodu stawki. „Pod Kamieniem” to pierwszy ze szczytów na który trzeba było wbiec tego dnia. Pokonałem go dość szybko i sprawnie – od samego początku używałem kijów by troszkę odciążyć nogi. Przez drzewa przebijały się nieśmiało pierwsze promienie słońca – tak wschód słońca na szczycie to coś pięknego ale nie było czasu na robienie zdjęć 😉 Chwilę po wbiegnięciu czekał już zbieg – szybki, miejscami lekko kamienisty, na którym znajdowało się wiele konarów. Kolejne kilka kilometrów prowadziło drogą asfaltową – do pierwszego punktu odżywczego gdzie uzupełniłem iztonik w jednym flasku, złapałem dwie cząstki banana i pobiegłem dalej. Następnie była typowa „przeplatanka” góra – dół (bardzo fajny odcinek trasy – nie za długie podbiegi i zbiegi –> wręcz idealnie). Ten odcinek pokonałem praktycznie w samotności ale przez zróżnicowanie terenu czas zleciał naprawdę szybko – albo tak szybko biegłem ;). Na zbiegach nie oszczędzałem nóg – biegłem ile „fabryka” dała.

Wołowiec – tutaj był zlokalizowany 2-gi punkt żywieniowo-kontrolny. W miłej atmosferze uzupełniłem płyny, znów zjadłem banana, podziękowałem za support i ruszyłem w dalszą drogę. Tutaj okolica wydawała się bardziej „dzika”. Kilka razy przeciąłem rzekę, przebiegłem przez las i polany na których stały stare pojedyncze grobowe pomniki – „klimatyczne” miejsce. Spojrzałem na zegarek był jakiś 41km. Polna, wydeptana ścieżka zamieniła się w szutrową drogę prowadzącą lekko pod górę. Zza chmur zaczęło przebijać się mocniej słońce, wiedziałem że zmiana pogody to kwestia czasu. Chwytam za lewy flask – prawie pusty, na szczęście w drugim zostało jeszcze trochę izo. Do kolejnego punktu pozostał spory kawałek więc trzeba oszczędzać płyny. Mija kolejny kilometr – patrzę na zegarek – tempo „siadło” – odwracam się i widzę zbliżających się do mnie zawodników – do tego pojawia się głód – szybka analiza sytuacji – TAK – to czas na „kanapkę”. Przechodzę do marszu, wyciągam z plecaka bułkę i na spokojnie ładuję akumulatory. Jeden z zawodników mówi do mnie „buła! będzie moc!” – o tak, na to liczę 🙂 i na spokojnie kończę posiłek.

Po chwili lekki przypływ energii – ok możemy ruszać w dalszą drogę. Do kolejnego a zarazem ostatniego już punktu żywieniowo – kontrolnego dobiegam równym chodź wolniejszym tempem niż przez ostatnie kilometry. Chwila po 10, niebo było już praktycznie bez chmurne, słońce zaczęło nagrzewać ziemię – z każdą minutą robiło się co raz cieplej. Już to przerabiałem w tym roku 2-razy więc wiedziałem co mnie czeka. Na punkcie informuję że biegnę trasę 65+ (taki był plan od samego początku), uzupełniam izo i znów „wciągam” banany i kilka kawałków pomarańczy. Nie wiem czemu ale zawsze na biegach ultra chce mi się pomarańczy 🙂 Szybkie spojrzenie na profil mapy (znajdował się na numerze startowym). Pytam gdzie dokładniem jestem – Ożenna – przede mną jedna góra „Wysokie”. Nogi chwilę odpoczęły, dłuższy postój nie był wskazany – nie chciałem całkiem „ostygnąć” gdyż później było by tylko gorzej. OK, zabrałem swoje kije i pobiegłem dalej. Droga pod górę, po dość twardej nawierzchni – cienia co raz mniej 😦 Staram się pić częściej. Równym tempem dobiegam do szlabanu – patrzę na zegarek – gps się zgubił :/ – na szczęście trasa była bardzo dobrze oznakowana – różowa wstążka wisiała kawałek dalej – „lecę”. Szutrowa droga zamienia się w asfalt – cały czas pod górę. Na horyzoncie widzę 3 zawodników – oglądają się i lekko przyśpieszają. Na zmianę podbiegi i szybki marsz – dobiegam do kolejnego lasu – gdzie przed szlabanem skręcam w lewo. Mijam kilku turystów i szlakiem wbiegam na szczyt „Wysokie”. Tabliczka informacyjna, kilka ławek ale nie ma czasu na przerwę. Składam kije bo teraz droga prowadziła tylko w dół. Przede mną ostatnie kilometry do mety – te najcięższe. Słońce grzało „pełną parą”, cienia jak na lekarstwo. W zasięgu wzroku mam tą trójkę biegaczy jednak szanse na dogonienie ich malały z każdym metrem. Nienawidzę upału!!! Nogi co raz cięższe, szutrowa droga zamieniła się w asfalt – mijam tabliczkę z napisem Krempna – o tak – zbliżam się. Zerkam na zegarek – Hurra gps się odnalazł 🙂 ale jeszcze nie widać na mapie mety. Domów przy drodze co raz więcej – wyparuję upragnionej mety. Przebiegam przez most, widzę znajome budynki – pozostało kilkanaście metrów. Tak – tą ulicą biegłem rano 🙂 – jestem przy szkole – wbiegam na teren – mały „prysznic”  i upragniona META 🙂 –> 07:05:25

Piątka z Dyrektorem Biegu i pamiątkowy medal zawisa na mojej szyi 🙂  

Wnioski:

Pogoda: przez 3/4 trasy – pochmurne niebo i temperatura lekko ponad 10 stopni to dla mnie idealne warunki do biegania. Końcówka już w pełnym słońcu i ze znacznie wyższą temperaturą.

Odżywianie: podczas biegu zjadłem żel domowej produkcji 100ml + jeden „kupny”, kilka kawałków banana i pomarańczy, jedna buła z dżemem, 4x magnez z potasem.

Nawodnienie: 2 x 0,5l flask z izotonikiem który uzupełniałem na każdym punkcie.

Sprzęt: Plecak Salomon ADV Skin 5 – idealny, kije karbonowe Black Diamond Distance Carbon FLZ, buty Hoka One One Challenger ATR 5 – na tą trasę doskonałe, chodź gdy przekraczałem kilka razy rzekę dobrze nasiąkały wodą i przez następne kilka metrów zanim wyschły trochę „klapały” 🙂

Samoocena: Założenie na ten bieg było proste – cały czas biec w równym, mocnym tempie, nie odpuszczać. Mała modyfikacja treningów po Rzeźniku Sky przyniosła zamierzone efekty – noga „podawała” a na podbiegach była siła. Byłem nawet lekko zdziwiony jak dobrze mi się biegło. Pierwszy raz zabrałem ze sobą słuchawki i biegłem słuchając muzyki – był to dobry pomysł bo dodała mi energii. Dobry wynik podczas biegu dodatkowo mnie naładował przed kolejnym startem – Pomsta Janosika.

Meta: 10 miejsce w kat. open – Czas 07:05:25

Magurski ultramaraton – wspaniali ludzie, bardzo dobrze zorganizowana impreza. Trasa doskonale oznaczona i przepiękne widoki – czego chcieć więcej ?? Jedyny minus to taki że musisz wybierać między dobrym wynikim a zatrzymaniem się na chwilę by podziwiać urokliwe krajobrazy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s